poniedziałek, 01 marca 2010
Formuła pieniędzmi się toczy.
Formuła1 zaczyna wchodzić na wysokie obroty. Testy, ostatnie nowinki techniczne jak i sponsorzy. Jak powszechnie wiadomo ten sport bez pieniędzy nie istnieje. Gigantyczne sumy, które są przekazywane na dopracowanie bolidów, szybko się nie zwrócą. Każda z ekip gorączkowo poszukuje odpowednich sponsorów, jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Wiele z ekip już "darczyńców" posiada i nie muszą martwić się o pieniądze. Niestety nie we wszystkich szeregach jest tak kolorowo. Dobrym przykładem jest nowy zespół Roberta Kubicy - Renault. Model R30 spisuje się przyzwoicie, aczkolwiek apetyty są na pewno większe niż dotychczasowe wyniki chociażby na testach czy treningach. Partnerem Polaka we francuskiej stajni jest "żółtodziub" w tej dziedzinie - Witalij Pietrow. Rosjaninowi postawiono jednak warunki, na których byłby pełnoprawnym zawodnikiem Renault. Miał odegrać rolę magnesu na sponsorów. Jak wiadomo, Francuzi mieli wiele problemów i wątpliwości związanych z udziałem w nadchodzącym sezonie. Odejście Banku ING od sponsoringu dało się we znaki właścicielom. A wszystko to rozgrywało się w cieniu wielkiej afery, której głównym "bohaterem" był nie kto inny jak Flavio Briatore. Włoch znany był z "lekkiego" i bezstresowego życia. Jednak sprytu i krętactwa to nie można mu odmówić. O mały włos, a wszystko przebiegłoby w doskonały dla niego sposób. Niestety dla jego kariery w świecie F1, młody Piquet zaczął "sypać" i pogrążył Flavio w już sporym bagnie. Ogólny chaos i dezorganizacja źle wpływał na Renault. Zamiast skupić się przygotowaniach do startów, musieli szukać pieniędzy w przeróżnych źródłach. "Boski Rosjanin" pojawił się jak grom z jasnego nieba. Mógł się stać osobą, dzięki której team o wspaniałych tradycjach, stanie na nogi. Menedżer Witalija przemierzył Rosję wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu sponsora. Niestety wszystko działało w myśl teorii "Jak pod górkę, to do końca.". Brak chętnych był sporym zaskoczenie zarówno dla samego Pietrowa jak i Renault. Ostatnią deską ratunku wydawał się premier Rosji - Władimir Putin. Z delegacją do jedej z głów państwa udał się szef francuskiej stajni - Carlos Ghosn. W dosyć szybki i łatwy sposób osiągnięto kompromis. Renault będzie sponsorowane, ale w zamian musi udzielić pomocy firmie AvtoVAZ. Pomoc ta miałaby polegać na przekazaniu technologii, linii produkcyjnych oraz doświadczeń. Francuski koncern stał się posiadaczem 25% udziałów tejże firmy w 2008roku, licząc na pobudzenie rosyjskiego rynku i szybki zysk. Niestety, ich prognozy nie sprawdziły się. Niespodziewany kryzys finansowy spowodował, że inwestycja wydwała się być nietrafiona. Symboliczny znaczek "Łady" na bolidach i kombinezonach kierowców ma reklamować koncern rosyjski, który aktualnie znajduje się w wyraźnej recesji... Renault wyraźnie wyszło na prostą i aby ta prosta jak najdłużej się przed nimi rozpościerała. Nie pozostaje nam nic innego jak trzymać kciuki za naszego rodaka i jego partnera z zespołu. Szkoda tylko, że w Rosji nie potrafią jeszcze załatwić mistrzostwa naszemu pupilkowi...

niedziela, 28 lutego 2010
Oj Justysia, Justysia...
XXI Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver dobiegają końca. Nasza reprezentacja osiągnęła rekordowy sukces zdobywając sześć medali z tego jeden złoty, trzy srebrne oraz dwa brązowe. Do tej pory ze wszystkich dotychczasowych „Olimpiad” udało nam się przywieść osiem krążków, teraz ten rezultat prawie podwoimy. Gwiazdą naszego obozu została Justyna Kowalczyk, zaraz przed Adamem Małyszem. Została ona drugą w historii zimową mistrzynią olimpijską reprezentującą nasz kraj. Jedyną osobą, która była w stanie osiągnąć podobny sukces był Wojciech Fortuna, oddając doskonały skok na dużej skoczni w Sapporo w 1972 roku w niesamowity sposób zagarnął„złoto”. Justyna dokonała czegoś wspaniałego, zdobyła komplet medali odpowiednio w sprincie, biegu łączonym na 15 kilometrów oraz biegu klasycznym na 30 kilometrów. Nasza zawodniczka w każdym z wywiadów wypowiadała się, że jest osobą spełnioną sportowo i ta Olimpiada miały dla niej wyjątkowe znaczenie. Ale czy na pewno? Przez całe Igrzyska Kowalczyk walczyła z Marit Bjoergen. Zarówno sportowo jak i psychicznie. Wojna na linii Polska – Norwegia rozgorzała na dobre. Wszystko zaczęło się od oskarżeń Justyny. Każdy z nas wie, że często emocje biorą górę, ale wszystko ma swoje granice. W moim odczuciu te granice zostały przekroczone. Zarzuty skierowane w kierunku Marit były co najmniej nie na miejscu. Norweżka jest astmatyczką i regularnie musi zażywać leki, które ułatwiają jej oddychanie. Wszyscy powinni patrzeć na Bjoergen z podziwem, że mimo choroby potrafi osiągnąć tak wielkie sukcesy (Marit zdobyła w sumie pięć krążków na Igrzyskach). Jednak nie każdy potrafi podejść do tego w taki sposób. Justyna zarzuciła Norweżce stosowanie niedozwolonych środków, dzięki którym Bjoergen miałaby mieć „więcej tlenu w płucach” i „mniej zakwaszone nogi w końcówce”. Leki te z całą pewnością nie wpływały na formę Marit, są one dozwolone przez FIS (International Ski Federation). Ja rozumiem, że Polka miałaby poparcie swoich słów w dowodach, ale nie miała… To był cios poniżej pasa. Jak sama później przyznała „Dyplomacji w moich słowach nie było żadnej.”. Tutaj się z nią całkowicie zgodzę, zachowała się jak niedoświadczona, kapryśna dziewczynka, która przegrała, chociaż to za dużo powiedziane, bo przecież uzyskała wspaniałe wyniki. Kolejnym niesmacznym aspektem tej sytuacji jest duma Kowalczyk po otrzymaniu gratulacji za odwagę. Mimo iż wielu mówiło, że postąpiła wręcz podle, ona obstawiała przy swoim. Jako argumentu używała m.in. tych nietrafnych gratulacji „Ale wielu ludzi z różnych państw gratulowało mi odwagi.''. W moim odczuciu, w tej sytuacji nie ma za grosz odwagi, a raczej jest to przejawem bezczelnośći. Wiadomo, że po ogromnym wysiłku człowiek może mówić od rzeczy, ale potem powinien wszystko sprostować. W przypadku Justyny taka chwila nie nastąpiła, twardo przystawała przy swoim, mimo iż po wielu słowach krytyki wiedziała, że nie zachowała się jak na prawdziwą mistrzynię przystało. Konflikt na linii Polska – Norwegia rozszalał się na dobre, a wszystko podsycały jeszcze media. Małe uchybienia Kowalczyk podczas biegu łączonego były kolejną możliwością do sporu. Mało brakowało, a Justyna wróciłaby do domu bez medalu, ale w tym przypadku pomogło jej nazwisko. Jak sama przyznała w jednym z wywiadów „Pomogło mi nazwisko, ale bałam się potwornie.”. Pani Justyno, a czy to było w 100 procentach sprawiedliwe? Jak widać zazdrość jest powszechna nawet na Igrzyskach Olimpijskich i to w dosyć szerokim stopniu. Czy taki szum medialny się opłaca czy nie, to już nie mi oceniać. Chociaż wracać z „tarczą” czy „na tarczy” to jest różnica…

środa, 27 stycznia 2010
Liverpool powrócił do "optymalnej" formy.
Po jakże obecującym spotkaniu na Anfield z Tottenhamem, fanom Liverpool'u wróciła nadzieja na uzyskanie chociażby czwartej pozycji w końcowym rozrachunku. Można było zaobserwować ogromne zaangażowanie zawodninków, walczyli dosłownie o każdą piłkę. Potrafili się zmotywować. Świetne spotkanie rozegrał Alberto Aquilani oraz Philipp Degen. Zarówno jeden jak i drugi pokazali na co ich tak naprawdę stać. Z meczu na mecz prezentują się coraz lepiej. Po zwycięstwie nad Kogutami wróciły dobre nastroje. Tak miała rozpocząć się walka o TOP4, początek udany, ale co dalej. Kontuzje wielu podstawowych piłkarzy, a jednak stać drużynę na lepsze granie. Wszyscy z ogromną niecierpliwością czekali na wyjazdowy mecz z Wolverhampton. Każdy kto miał okazje oglądać ten mecz, na pewno odszedł od telewizora w nienajlepszym nastroju. Gdzie jest ten walczący Liverpool? Liverpool, który nie odpuszcza, który atakuje. Pierwszy zaskoczeniem była absencja Aquilani'ego. W jego miejsce desygnowano wracającego po kontuzji Gerrarda. Czas pokazał, że nie była to dobra decyzja. Kapitan "The Reds" rozegrał fatalne zawody, wyróżniał się w sposób negatywy na boisku. Wiele strat, niecelnych podań. Mimo to, Benitez dał mu szanse i Anglik rozegrał całe spotkanie. Forma pupilka Beniteza też nie zachwyca. Lucas notorycznie występuję w pierwszej 11stce, niestety nie pokazuje nic szczególnego. Poza tym gra przeciwko outsiderowi z dwoma defensywnymi pomocnikami nie wróży nic dobrego. Nastawienie na obrone w takim meczu jest fatalnym posunięciem. Nowo sprowadzony nabytek z Atletico także póki co nie przezentuje wyjątkowego kunsztu piłkarskiego. Jest i gra. Tyle w jego temacie. Od dłuższego czasu zadziwia o wiele wcześniej skreślony Sortirios Kyrgiakos. Grek z meczu na mecz gra coraz lepiej. Od kilku spotkań nie schodzi poniżej pewnego poziomu, który wydaje się być wręcz doskonały. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni. Karygodne błędy Skrtela czy Carraghera mają często opłakane skutki. Utrarty bramki w końcowych minutach, fatalne krycie przy stałych fragmentach kończące się utratą gola. To wszystko źle wpływa na zespół i jego zaangażowanie. Zawodnicy wyglądają jakby im się po prostu nie chciało. Rozegrają mecz, przegrają - trudno, wygrają - też fajnie. Jest im to zupełnie obojętne, przynajmniej w moim odczuciu. Kibice ustawieni są pod ścianą, nie maja wpływu na grę swoich ulubieńców. Nie opuszczają ukochanego klubu nawet na krok, jeżdzą na nim po całym kraju. Na każdym stadionie potrafią utworzyć wspaniałą oprawę. Ale wszystko ma swoje granice. Oczekuję momentu, w którym to naprawdę cierpliwość się skończy i spora rzesza fanów po prostu będzie miała dosyć. Nie chodzi o samą grę zespołu, ale o właścicieli jak i trenera. Nie spełniają oni nawet w najmniejszym stopniu wymagań kibiców. A przecież nie ma nic gorszego niż odwrócenie się fanów od zespołu. Bo przecież to oni grają dla nas, a nie my dla nich...


środa, 20 stycznia 2010
Ważny "Turniej" .
Aktualnie w Tajlandii rozgrywa się turniej z udziałem naszej reprezentacji piłkarskiej. Turniej to naprawdę dużo powiedziane. Jest to raczej miejsce sparingów dwóch miejscowych drużyn (Tajlandii i Singapuru) oraz dwóch drużyn europejskich (Polska i Dania). Sprawa pierwsza to drużyna. Gracze, którzy reprezentują nasz kraj nie są wybitnymi specjalistami w tym co robią. Poza tym, zostali wyrwani na ten turniej praktycznie z wakacji. Zero przygotowań, zero treningów, generalnie całkowity nieład i nieporządek. Nie wspominam już nawet o aklimatyzacji, która powinna nastąpić o wiele wcześniej, bo przecież mamy ogromne różnice czasowe. Z jednej strony mówi się o chęci zwycięstwa w "turnieju", z drugiej jednak już na wstępie nie ma na to szans. Aspekt "relaksacyjny" wyjazdu podkreśla sam trener - Franciszek Smuda. Nie robi tego poprzez słowa, lecz czyny. Na zgrupowanie zebrał ze sobą dwie osoby, które zdecydowanie nie powinny znajdować się w tym miejscu. Mowa o żonie Franza, która z ogromną przyjemnością zabrała się mężem na wakacje. No i niech ktoś mi powie, że ten turniej traktowany jest poważnie. Za takie pieniądze jakie zarabia Smuda (ok. 160tys miesięcznie ! ), powinien w 100% poświęcać się kadrze, a nie małżonce. Drugą osobą, która wybrała się w podróż z Franciszkiem jest prezes Zagłębia Lubin - Jerzy Koziński. Pojechał w celu przyjrzenia się potencjalnym kandydatom na zawodników jego klubu. Jeżeli w jego intencji znajdują się chęci pozyskania Tajlandczyka czy Singapurczyka, to gwarantuję mu, że jego klub nie utrzyma się w lidze. Wniosek z tego taki, że nasza liga powoli zaczyna osiągać totalne dno. Wracając do tematu Smudy i jego towarzyszy. Wyobrażacie sobie, co by się stało gdyby to Benhakker zabrał ze sobą żonę i chociażby prezesa Feyenoordu. Straciłby szybciej pracę niż zdążyłby rozegrać chociaż jeden mecz na "turnieju". Sprawa druga to gra drużyny. Ja rozumiem, że nie jesteśmy w pełni sezonu. Ja rozumiem, że do Tajlandii przyjechał rezerwowy skład. Ja rozumiem, że Smuda chce dać szanse słabszym zawodnikom. No, ale jakiś poziom trzeba sobą reprezentować ! Spójrzmy chociaż na Mariusza Pawełka. Bramkarz ten uważany jest za najlepszego polskiego goalkeepera w naszej lidze. Totalna bzurda, a moje słowa sam zaargumenotwał. Jego gra wyglądała gorzej niż fatalnie. W swoim poczynaniu był niepewny i bojaźliwy, nie potrafił odnaleźć się na boisku. Obrona też w wielu sytuacjach się nie popisała. Napastnicy rażą nieskutecznością. Gdyby nie niezawodny Sławimir Peszko, zeszlibyśmy z boiska z zerowym dorobkiem. Pozostaje dziękować Duńczykom, którzy wykorzystali tylko 3 sytuacje z tak wielu. A przecież również przyjechali w rezerwowym składzie. Sprawa trzecie to sędziowanie. Dzisiejszy mecz Polski z Tajlandią ukazał ogromną nieporadność sędziego. Niech ktoś mi wytłumaczy dlaczego Peszko zainkasował czerwoną kartkę, dlaczego powtarzano karnego, którego świetnie za pierwszym razem wybronił Przyrowski. Ogólny chaos i nieporadność na boisku odzwierciedlał "wagę" turnieju... A Polacy i tak czy siak wrócą bez pucharu...


wtorek, 19 stycznia 2010
Zagrożenia Mistrzostw Świata 2010.
Oczy całego piłkarskiego świata zwrócone są na Angolę - gospodarza Pucharu Narodów Afryki 2010. Od samego początku turniej dostarczał wielu emocji i kontrowersji. Problemy byłyz wiązane przed wszystkim z obawami piłkarzy o ich bezpieczeństwo.Niestety, nie mylili się. Parę dni przed rozpoczęciem imprezy drużyna Togo została zaatakowana przez afrykańskich terrorystów. Wybuchła afera. Kto, dlaczego i po co. Suche fakty zdecydowanie przemawiają przeciwko atakującym, ale... No właśnie "ale". Już na dłuższy czas przed rozpoczęciem PNA, wszystkie drużyny były proszone o transport drogą powietrzną, ba, nakazane było poinformować organizatorów o dokładnej dacie i godzinie przyjazdu. Niestety, drużyna Togo zupełnie zignorowała te nakazy. Wybrali się w drogę autokarem, mimo iż doskonale zdawali sobie sprawę z ogromu niebezpieczeństw, które na nich czyhają.Nie jest przecież tajemnicą, że na terenie Afryki toczy się wiele wojen domowych, czy to o mniejszej czy większej skali. Prawdopodobieństwo ataku było bardzo duże. Takie zachowanie było pewnego rodzaju prowokacją do ataku. Rozumiem złamać przepisy dotyczące transportu w Europie, skończyłoby się zapewne na upomnieniu słownym, ale nie w Afryce. Kontynent, na którym dosłownie w każdej chwili może ci się coś stać, tym bardziej jeżeli jesteś osobą rozpoznawalną... Wielka tragedia dla rodzin, piłkarzy jak i całej Afryki. We wszystko zaczęła wplątywać się polityka, co z góry było skazane na pogorszenie sytuacji.Konflikt pomiędzy piłkarzami Togo a ich rządem wyglądał żenująco.Piłkarze pragnęli zagrać w turnieju na cześć swoich zmarłych przyjaciół, niestety, władze kraju podjęły decyzje za nich.Reprezentacja miała wrócić w tempie natychmiastowym do kraju. Nikt nie pozostawił im wyboru, w żałobie udali się do domów. Drużyna Togo została oficjalnie wykluczona z PNA. Skutki tego incydentu będą wśród nas jeszcze przez długi czas. Wielu z piłkarzy jest w opłakanym stanie psychicznym. Ostatnią rzeczą, o której myślą jest football. Kluby wykazały się wyrozumiałością i pozwoliły udać się swoim czołowym graczom na dłuższy odpoczynek w "domowe zacisze".Doznali ogromnego szoku, bo przecież mógł zginąć każdy z nich,przyjaciele czy to bliscy czy dalecy,odchodzili na ich oczach. Będą potrzebować jeszcze sporo czasu żeby w 100% dojść do odpowiedniej dyspozycji. Kolejnym aspektem jest bezpieczeństwo w Afryce podczas tak dużych imprez. W najbliższym czasie odbędą się tak Mistrzostwa Świata.Mimo iż mają one miejsce w stosunkowo niegroźnym kraju, wszystkie służby bezpieczeństwa muszą być przygotowane na najgorsze. Po tragedii,której ofiarą była reprezentacja Togo, każda załoga, która przybędzie na MŚ będzie chciała mieć zapewnioną odpowiednią ochronę. Nie ma co się dziwić... Ale pamiętajmy, nie dajmy zastraszyć się terrorystom. Może to wpłynąć na nich tylko i wyłącznie motywująco i zamiast pięknych i kolorowych MŚ moglibyśmy oglądać piekło na ziemi...

|
|